Witam i dziękuję za odwiedziny i miłe komentarze :)
Za oknem dzisiaj szaro-buro i na dodatek bardzo wieje, chociaż dużo słabiej niż wczoraj.
Ale wybyłam do ogródka zrobić kilka zdjęć bombek , bo w domu za nic nie dawałam rady .Tylko , że na dworze też miałam problem ze zdjęciami , bo nie wiedziałam co trzymać : aparat czy bombki uciekające na wietrze.A jako , że moje bombki w większości są szklane to groziło nieszczęściem.Tak więc między silnymi podmuchami udało mi się sfocić co następuje :0
I na koniec bombka malowana przeze mnie w przerwie miedzy lakierowaniem i szlifowaniem
Bombki nie wszystkie są tegoroczne , bo dla mnie kopem do działania "ostatnia chwila", więc kilka bombek jeszcze czeka na ostatnie warstwy lakieru i ostatnie szlify:)
Do sesji zdjęciowej załapał się jeszcze mikołaj ( w zeszłym roku o tej porze męczyłam maszynę do szycia),przy kwitnącej wciąż róży
i but Mikołaja .Mikołaj go zgubił w pośpiechu i mam nadzieje , że w tym roku po niego wróci , oczywiście z prezentami:))
Oj wyszło trochę tych zdjęć. Mam nadzieję , ze nikogo nie zanudziłam:)
Lecę dokończyć obiadek , a pózniej już tylko kubek herbatki i "leniwe " popołudnie:))
Pozdrawiam Wszystkich Cieplutko.
niedziela, 18 grudnia 2011
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Odgruzowuję się
Oj dawno , dawno mnie tutaj nie było.
Życie toczyło się po swojemu , a ja przeżywałam chwile przerażenia i zwątpienia.Ale były też chwile pełne radości,czyli jak to w życiu bywa.Mam nadzieję , że te pierwsze już mam za sobą i pozostaną tylko te lepsze chwile.
Wcale nie próżnowałam przez ten czas , coś tam malowałam , coś tam szyłam i robiłam różne cosie.
Dzięki Acie próbuję frywolitki na igle
Mam ochotę zrobić serwetkę frywolitkową , ale to pewnie nastąpi za jakiś czas , jak nabiorę więcej wprawy .Na razie wprawiam się w śnieżynkach.
Wczoraj miałam bardzo przyjemny dzień,Bawiłam się w pierniczenie :)
A o to i efekty mojej zabawy
Na koniec pochwalę się nowym nabytkiem (oczywiście z gratów). Kupiony jakiś czas temu ,czeka cierpliwie bidulek na naprawę podstawki, ale to już chyba po świętach.Miałam zamiar poddać go renowacji , ale po głębszym przemyśleniu ;), postanowiłam zostawić go w obecny stanie.
Konik jest dość duży , ok 45 cm wysokości, no i chyba dość stary .Nie wiem po czym się poznaje wiek konia :)), ale z tego farba schodzi wiec najmłodszy chyba nie jest.
Więcej moich "wytforków" pokażę w następnych postach , zwłaszcza , ze obecny do najkrótszych już nie należy.
Dziękuję Wszystkim pamiętającym o mnie.
Pozdrawiam i do zobaczenia:)
Życie toczyło się po swojemu , a ja przeżywałam chwile przerażenia i zwątpienia.Ale były też chwile pełne radości,czyli jak to w życiu bywa.Mam nadzieję , że te pierwsze już mam za sobą i pozostaną tylko te lepsze chwile.
Wcale nie próżnowałam przez ten czas , coś tam malowałam , coś tam szyłam i robiłam różne cosie.
Dzięki Acie próbuję frywolitki na igle
Mam ochotę zrobić serwetkę frywolitkową , ale to pewnie nastąpi za jakiś czas , jak nabiorę więcej wprawy .Na razie wprawiam się w śnieżynkach.
Wczoraj miałam bardzo przyjemny dzień,Bawiłam się w pierniczenie :)
A o to i efekty mojej zabawy
Na koniec pochwalę się nowym nabytkiem (oczywiście z gratów). Kupiony jakiś czas temu ,czeka cierpliwie bidulek na naprawę podstawki, ale to już chyba po świętach.Miałam zamiar poddać go renowacji , ale po głębszym przemyśleniu ;), postanowiłam zostawić go w obecny stanie.
Konik jest dość duży , ok 45 cm wysokości, no i chyba dość stary .Nie wiem po czym się poznaje wiek konia :)), ale z tego farba schodzi wiec najmłodszy chyba nie jest.
Więcej moich "wytforków" pokażę w następnych postach , zwłaszcza , ze obecny do najkrótszych już nie należy.
Dziękuję Wszystkim pamiętającym o mnie.
Pozdrawiam i do zobaczenia:)
sobota, 17 lipca 2010
Japonki gazetowe
Japonki przeleżały sobie wepchnięte gdzieś w kąt pewnie ze trzy lata , aż wczoraj wpadły mi w ręce i przypomniało mi się , że zimą gdzieś na stronie pisanej krzaczkami widziałam metamorfozę takich klapek, no to i ja spróbowałam:)
Szlifowanie mebli musiałam sobie odpuścić w te upały, nie dało się na dworze robić .Czułam się jakbym działała jak magnes na pył od szlifierki.Obdarłam z naskórka tyko kilka rzeczy: krzesełko kupione kiedyś na gratach, przy jego szlifowaniu szlifierka się za wiele nie napracowała, więcej moje ręce.
Sypialniana półka, nie zrobiłam zdjęcia z przed , ale nie wiele się zmieniła teraz jest bardziej matowa, no może trochę jaśniejsza:)
I zabrałam się wreszcie za okno , a właściwie okienko , które dostałam od Moniki prawie rok temu,
Dzisiaj zrobiłam na próbę( bo mam pewien pomysł) motylka w/g kursu Aty , słabo go widać, ale to ostatnie zdjęcie jakie zrobił mój aparat zanim mu padły baterie, a nie chciałam czekać do jurta z napisaniem postu:)a na koniec jeszcze facet , który bladym świtem , zaraz po przebudzeniu naparł się ,żeby wyjść na dwór.Nie pomagały żadne argumenty rodziców i dziadków , typu :"trzeba się ubrać", "pójdziemy zjeść śniadanko najpierw" itp.W końcu ktoś mówi"ale nie masz butów na nóżkach".W trzy sekundy mój wnusio miał BUTY na nóżkach i był gotowy do wyjścia:)))
Wszystkim zaglądający do mnie , życzę miłego weekendu i spokojnego pogodowo , bo jakieś burzowe nawałnice zapowiadali , chociaż w/g prognozy u mnie już powinno padać a na razie ani chmurki i 35 stopni .UF.
poniedziałek, 12 lipca 2010
Z odzysku
czyli lumpeks i graty.
A na początek coś na ochłodę, na szybko.
Świeże gałązki mięty i plasterki cytryny zalewamy wodą mineralną i wstawiamy do lodówki.
Woda nabiera lekkiego posmaku mięty i cytryny , mnie smakuje bardzo.Możemy sobie wrzucić do szklanki malinkę , lub czereśnię (jak w moim przypadku) albo kawałek arbuza , fajnie wygląda.
A teraz do rzeczy. Ponieważ pracuję do 18 rzadko kiedy mogę wyskoczyć do lumpeksu , ponieważ te z reguły są otwarte właśnie do 18 a co niektóre do 17.Ale w zeszłym tygodniu mi się udało zahaczyć o jeden i wyszperałam kupon fajnego grubego płótna.W sklepie oczywiście jeszcze nie wiedziałam do czego, ale przyda się:).No i się przydało , wlazłam na strych po wentylator i rzuciły mi się w oczy stare leżaki , które już wysłużone były (bardzo wyblakły i plamy od mazideł),ale bardzo wygodne.Tak wiec leżaczki dostały nowe ubranka i jeszcze trochę posłużą.
A,że został mi kawałek materiału, na leżak za mało ,zresztą trzeciego nie mam do obszycia, to uszyłam torbę plażową .Chociaż na plażę na razie się nie wybieram , ale jak by cuś to będzie jak znalazł.
Płótno wykorzystałam w całości , z resztek uszyłam dyndadełka do torby.
Torba prościutka , bo ze mnie krawcowa jak z szafy winda , ale i tak mi się podoba , bo moja:)
Wczoraj natomiast byłam na gratach , ale upał chyba zbyt duży , bo gratów nie wiele było.
Zresztą słońce tak paliło , że szybciutko przelecieliśmy (z mężem), a po za tym ceny to już mają czasami tak wywindowane , że człowiek rybę robi , albo parska śmiechem.
Nie była bym sobą gdybym wróciła z pustymi rękoma :)
nabyłam dzbanek , nie jest wielki , ale kształt mi się bardzo spodobał i koszyczek piknikowy , z przykryciem z materiału ściągniętego gumkami.
Pozdrawiam wszystkich wypoczywających i pracujących :)
A na początek coś na ochłodę, na szybko.
Świeże gałązki mięty i plasterki cytryny zalewamy wodą mineralną i wstawiamy do lodówki.
Woda nabiera lekkiego posmaku mięty i cytryny , mnie smakuje bardzo.Możemy sobie wrzucić do szklanki malinkę , lub czereśnię (jak w moim przypadku) albo kawałek arbuza , fajnie wygląda.
A teraz do rzeczy. Ponieważ pracuję do 18 rzadko kiedy mogę wyskoczyć do lumpeksu , ponieważ te z reguły są otwarte właśnie do 18 a co niektóre do 17.Ale w zeszłym tygodniu mi się udało zahaczyć o jeden i wyszperałam kupon fajnego grubego płótna.W sklepie oczywiście jeszcze nie wiedziałam do czego, ale przyda się:).No i się przydało , wlazłam na strych po wentylator i rzuciły mi się w oczy stare leżaki , które już wysłużone były (bardzo wyblakły i plamy od mazideł),ale bardzo wygodne.Tak wiec leżaczki dostały nowe ubranka i jeszcze trochę posłużą.
A,że został mi kawałek materiału, na leżak za mało ,zresztą trzeciego nie mam do obszycia, to uszyłam torbę plażową .Chociaż na plażę na razie się nie wybieram , ale jak by cuś to będzie jak znalazł.
Płótno wykorzystałam w całości , z resztek uszyłam dyndadełka do torby.
Torba prościutka , bo ze mnie krawcowa jak z szafy winda , ale i tak mi się podoba , bo moja:)
Wczoraj natomiast byłam na gratach , ale upał chyba zbyt duży , bo gratów nie wiele było.
Zresztą słońce tak paliło , że szybciutko przelecieliśmy (z mężem), a po za tym ceny to już mają czasami tak wywindowane , że człowiek rybę robi , albo parska śmiechem.
Nie była bym sobą gdybym wróciła z pustymi rękoma :)
nabyłam dzbanek , nie jest wielki , ale kształt mi się bardzo spodobał i koszyczek piknikowy , z przykryciem z materiału ściągniętego gumkami.
Pozdrawiam wszystkich wypoczywających i pracujących :)
niedziela, 4 lipca 2010
Parasoleczka i inne..
Urlopu nie mam i na razie się na niego nie zanosi :( , a taka kusząca pogoda-plaża , morze.....
ech pomarzyć fajnie jest:).
Właśnie pogoda mnie zmobilizowała do ruszenia mebli sypialnianych (będzie metamorfoza) i zabranie się za zdzieranie iluś tam warstw lakieru.Jako,że nie mam na stanie pomieszczenia w którym ta czynność się może odbywać, wynoszę się z gratami na powietrze, ku "uciesze" moich sąsiadów.Co prawda sąsiadów (po za jednymi) akurat mi nie szkoda , bo oni od lat co roku mnie częstują różnymi stacjami radiowymi na cały regulator,"lubią pracować przy muzyce".
Ale o meblach będzie w następnym poście, a dzisiaj chciałam się pochwalić parasoleczką jaką moje dzieci mi zakupiły na gratach, taką akurat na teraz , bo przeciwsłoneczna:)
Drewniana jest z bawełnianą materią i nawet się składa:)
Parasolce w sesji zdjęciowej pomagały:
klatka dla ptaszków,też zakupiona na gratach jakiś czas temu
oraz manekin , zdekupażowany już dawno temu prze ze mnie
Jak już ruszyłam meble w sypialni, to okazało się, że z różnych kątów i mebli zaczęły wyłazić moje przydasie oraz mnóstwo pozaczynanych rękoczynów, w tym niedokończonych decu.
Powywlekałam decu na światło i tak w międzyczasie :)))), mam zamiar je dokończyć.Sie okaże;)
No ale nad konewką się zlitowałam , która stała już od zeszłego zagruntowana, czekała bidulka na pomysł.
A jak , już dzisiaj biegałam z konewką po ogródku ,co by ją ustawić w godnym miejscu , mój mąż przyglądał się chwilę i w końcu zapytał
"a właściwie to dlaczego tę konewką pomalowałaś od spodu na czerwono?"
zdziwiona , czego chłopina chce zaglądam pod spód i co? i okazuje się jest czerwona.
Ale jest czerwona nie dlatego , że ja tak pomalowałam tylko ja jej tam wcale nie pomalowałam :D
Po prost zapomniałam hehe, kupiłam konewkę na gratach i faktycznie była czerwona , poobdzierana i z lekka przyrdzewiała. Jak ją dopadłam kilka dni temu to była już zagruntowana kolorem i do głowy mi nawet nie wpadło po spód zaglądać. Niestety nie mam zdjęcia z przed , ale czerwona była:))
Wrzucę jeszcze klika zdjęć kwiatków(jak już biegałam z aparatem po ogrodzie :) ),
lecę nakarmić psiaki i wyprowadzić Borysa na spacer , bo te małe to same się wyprowadzają:)
Miłego wieczoru Wam życzę:)
ech pomarzyć fajnie jest:).
Właśnie pogoda mnie zmobilizowała do ruszenia mebli sypialnianych (będzie metamorfoza) i zabranie się za zdzieranie iluś tam warstw lakieru.Jako,że nie mam na stanie pomieszczenia w którym ta czynność się może odbywać, wynoszę się z gratami na powietrze, ku "uciesze" moich sąsiadów.Co prawda sąsiadów (po za jednymi) akurat mi nie szkoda , bo oni od lat co roku mnie częstują różnymi stacjami radiowymi na cały regulator,"lubią pracować przy muzyce".
Ale o meblach będzie w następnym poście, a dzisiaj chciałam się pochwalić parasoleczką jaką moje dzieci mi zakupiły na gratach, taką akurat na teraz , bo przeciwsłoneczna:)
Drewniana jest z bawełnianą materią i nawet się składa:)
Parasolce w sesji zdjęciowej pomagały:
klatka dla ptaszków,też zakupiona na gratach jakiś czas temu
oraz manekin , zdekupażowany już dawno temu prze ze mnie
Jak już ruszyłam meble w sypialni, to okazało się, że z różnych kątów i mebli zaczęły wyłazić moje przydasie oraz mnóstwo pozaczynanych rękoczynów, w tym niedokończonych decu.
Powywlekałam decu na światło i tak w międzyczasie :)))), mam zamiar je dokończyć.Sie okaże;)
No ale nad konewką się zlitowałam , która stała już od zeszłego zagruntowana, czekała bidulka na pomysł.
A jak , już dzisiaj biegałam z konewką po ogródku ,co by ją ustawić w godnym miejscu , mój mąż przyglądał się chwilę i w końcu zapytał
"a właściwie to dlaczego tę konewką pomalowałaś od spodu na czerwono?"
zdziwiona , czego chłopina chce zaglądam pod spód i co? i okazuje się jest czerwona.
Ale jest czerwona nie dlatego , że ja tak pomalowałam tylko ja jej tam wcale nie pomalowałam :D
Po prost zapomniałam hehe, kupiłam konewkę na gratach i faktycznie była czerwona , poobdzierana i z lekka przyrdzewiała. Jak ją dopadłam kilka dni temu to była już zagruntowana kolorem i do głowy mi nawet nie wpadło po spód zaglądać. Niestety nie mam zdjęcia z przed , ale czerwona była:))
Wrzucę jeszcze klika zdjęć kwiatków(jak już biegałam z aparatem po ogrodzie :) ),
lecę nakarmić psiaki i wyprowadzić Borysa na spacer , bo te małe to same się wyprowadzają:)
Miłego wieczoru Wam życzę:)
piątek, 18 czerwca 2010
Najgorsza jest bezsilność
W tym tygodniu byliśmy z Borysem u weterynarza i okazało się najgorsze, RAK i to nieoperacyjny.
Na razie jest na środkach przeciwbólowych, jeszcze ma apetyt i mimo swojego sędziwego wieku , ochotę na zabawę.Ale serce mi zamiera na samą myśl co będzie pózniej.
Na razie jest na środkach przeciwbólowych, jeszcze ma apetyt i mimo swojego sędziwego wieku , ochotę na zabawę.Ale serce mi zamiera na samą myśl co będzie pózniej.
Wciąż lubi biegać , choć szybko się męczy i tylne łapy już nie zawsze chcą współpracować i odmawiają posłuszeństwa ..
Hafciku nie wiele zrobiłam , bo nie mogę się na niczym skupić
moje myśli i tak zawsze powracają w stronę Borii.
Dzisiaj na targu kupiłam śliczne fioletowe kwiatki , które nawet nie wiem jak się nazywają, ale za to wiem jak bardzo jestem na nie uczulona,Do tej pory dłonie mnie pieką jak po pokrzywie.No ale na szczęście już nie muszę ich dotykać.
Wystawiłam też na taras stracha , a właściwie straszka Tildowego , który przezimował zapomniany w pudełku.Półeczkę na na kwiatki zrobiłam z części starych schodów, raczej drabiny strychowej.
Bardziej niż strach na wróble przydał by mi się strach na ślimaki, które namiętnie pożerają moje ziółka i kwiaty.Do tych poniżej jeszcze nie zdążyły się dorwać,a może po prostu im nie smakują.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę spokojnego weekendu.
niedziela, 6 czerwca 2010
Nalewka z zielonych szyszek
Naleweczka jest pyszna , a jaki ma aromat :)
Robiłam ją pierwszy raz w zeszłym roku i zrobiłam jak się okazało stanowczo za mało, tylko tyle co na lekarstwo. W sumie to miała służyć jako lekarstwo, ale bardziej posłużyła jako środek zapobiegawczy chorobie:), Ale sprawdziła się rewelacyjnie.
Przepis na ową naleweczkę dostał mój mąż od pewnego pana leśniczego , który zapewniał , że nalewka ma cudowne właściwości zapobiegawcze chorobie jak i lecznicze.Facet jak dąb, podobno zdrowy jak rydz , opowiadał ,że on codziennie jesienią i zimą , wieczorkiem kieliszeczek tej nalewki i nie wie co to grypa i inne paskudztwa.My codziennie nie piliśmy po kieliszeczku,( bo by nie wystarczyło), ale i tak żadnego z nas nie dopadła grypa ani przeziębienie.Nie wiadomo , przypadek czy nalewka , ale lepiej wierzyć , że nalewka, będzie można się po delektować jesiennymi wieczorami :)))
Na razie zalałam jedna butelkę , reszta czeka na jutro, bo zbiór szyszek był przypadkowy podczas dzisiejszego spaceru, i okazało się , ze nie posiadam odpowiedniej ilości spirytusu w domu.Zdarza się :)
Przepis Pana leśniczego na nalewkę:
Solidną garść zielonych szyszek ( pan leśniczy ma dużą garść, więc moje dwie), zalać pół litrem alkoholu ( wódka pół na pół zmieszana ze spirytusem) odstawić w ciemne miejsce aż do września, od czasu do czasu wstrząsnąć . We wrześniu zlać i dodać klika łyżek miodu , w zależności jak słodką chcemy nalewkę.Ja dodałam 5. Po dwóch tygodniach możemy się delektować "szyszkówką" dla zdrowotności :))
A i jeszcze pokażę ile wyhaftowałam herbaciarki , idzie mi dość opornie ale się nie daję zaparłam się jak osioł, byle by mi starczyło tego uporu do finału.
Jako , że słoneczko ślicznie przygrzewa , wyległam na taras po haftować przy popołudniowej kawce:)
Pozdrawiam i uciekam do ogródka, bo szkoda każdej słonecznej chwili.
Robiłam ją pierwszy raz w zeszłym roku i zrobiłam jak się okazało stanowczo za mało, tylko tyle co na lekarstwo. W sumie to miała służyć jako lekarstwo, ale bardziej posłużyła jako środek zapobiegawczy chorobie:), Ale sprawdziła się rewelacyjnie.
Przepis na ową naleweczkę dostał mój mąż od pewnego pana leśniczego , który zapewniał , że nalewka ma cudowne właściwości zapobiegawcze chorobie jak i lecznicze.Facet jak dąb, podobno zdrowy jak rydz , opowiadał ,że on codziennie jesienią i zimą , wieczorkiem kieliszeczek tej nalewki i nie wie co to grypa i inne paskudztwa.My codziennie nie piliśmy po kieliszeczku,( bo by nie wystarczyło), ale i tak żadnego z nas nie dopadła grypa ani przeziębienie.Nie wiadomo , przypadek czy nalewka , ale lepiej wierzyć , że nalewka, będzie można się po delektować jesiennymi wieczorami :)))
Na razie zalałam jedna butelkę , reszta czeka na jutro, bo zbiór szyszek był przypadkowy podczas dzisiejszego spaceru, i okazało się , ze nie posiadam odpowiedniej ilości spirytusu w domu.Zdarza się :)
Przepis Pana leśniczego na nalewkę:
Solidną garść zielonych szyszek ( pan leśniczy ma dużą garść, więc moje dwie), zalać pół litrem alkoholu ( wódka pół na pół zmieszana ze spirytusem) odstawić w ciemne miejsce aż do września, od czasu do czasu wstrząsnąć . We wrześniu zlać i dodać klika łyżek miodu , w zależności jak słodką chcemy nalewkę.Ja dodałam 5. Po dwóch tygodniach możemy się delektować "szyszkówką" dla zdrowotności :))
A i jeszcze pokażę ile wyhaftowałam herbaciarki , idzie mi dość opornie ale się nie daję zaparłam się jak osioł, byle by mi starczyło tego uporu do finału.
Jako , że słoneczko ślicznie przygrzewa , wyległam na taras po haftować przy popołudniowej kawce:)
Pozdrawiam i uciekam do ogródka, bo szkoda każdej słonecznej chwili.
Subskrybuj:
Posty (Atom)